Islandia. W 7 dni dookoła wyspy | Podróże

Lojalnie ostrzegam – ten tekst jest dość długi. Dlatego jeśli masz ochotę dowiedzieć się, jak wyglądała nasza podróż pt. „Islandia w 7 dni”, polecam zacząć od zrobienia sobie kubka herbaty oraz znalezienia cichego kąta, w którym będziesz mógł (lub mogła) wygodnie spędzić ten czas 🙂

***

Kontekst

Będę szczera: obawiałam się podróży na Islandię. Nie z powodów praktycznych, takich jak lot (bardzo lubię latać) czy logistyka wyjazdu (choć cała Islandia w 7 dni to nie lada wyzwanie. Podroż była zaplanowana objazdowo, więc właściwie nie mieliśmy zabookowanych noclegów). Obawiałam się, ponieważ ten wyjazd był moim marzeniem od bardzo wielu lat. Zaczęło się jeszcze w szkole, kiedy pochłaniając tony książek, trafiłam na przygodową fabułę, której akcja miała miejsce właśnie na Islandii. Od tamtego czasu było we mnie pragnienie poznania tego przedziwnego kraju, tak innego niż nasz i przede wszystim doświadczenia piękna Islandii na własnej skórze.

Przez wiele lat nie udawało mi się tam polecieć. W końcu targana wiatrem wyspa, z lodowcami i wulkanami, na której z większym prawdopodobieństwem trafić można na deszcz niż słońce, nie jest popularnym kierunkiem na urlop. Kiedy podjęliśmy z Mężem decyzję, że we wrześniu 2019 wybierzemy się na Islandię w ramach podróży poślubnej, cieszyłam się niemożliwie. Ale jednocześnie niepokoiła mnie konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością. A co, jeśli tam wcale nie jest tak pięknie? Jeśli jest zwyczajnie i Islandia kończy się na tych kilu szablonowych ujęciach, które powtarzają się w Internecie? Co, jeśli wyobrażałam sobie za dużo?

Uwaga, spojler. Dzisiaj już wiem, że wyobrażałam sobie za mało.

Islandia w 7 dni. Konkrety

Dobrze, znacie więc już kontekst. Teraz krótko o kwestiach praktycznych:

Czas podróży. Na Islandię polecieliśmy początkiem września i spędziliśmy tam dokładnie tydzień. W 7 dni objechaliśmy całą wyspę dookoła, przejechaliśmy ponad 2 tysiące kilometrów. Punktem startowym i końcowym było lotnisko pod Reykjavikiem, a nasz roadtrip kontynuowaliśmy zgodnie z ruchem wskazówek zegara, zmierzając najpierw w kierunku północnego zachodu. Spaliśmy na kempingach, tam, gdzie akurat w danym dniu udało nam się dojechać. Warunki mieliśmy typowo turystyczne: spaliśmy w śpiworach (nocami temperatura spadała w okolice 0 do 5 stopni 😉), a jedzenie robiliśmy tam, gdzie akurat mieliśmy na to ochotę. Obiad u podnóża krateru? Kolacja w jaskini? Nocleg w pobliżu wodospadu? Czemu nie 🙂

Ceny. Tak, Islandia dla Polaków jest droga. Dlatego część jedzenia zabraliśmy ze sobą z Polski, a brakujące produkty, takie jak pieczywo, mleko, soki czy islandzkie skyry kupowaliśmy na bieżąco w sklepach.

Pogoda. Jeszcze przed samym wyjazdem prognozy straszyły ścianą deszczu przez cały nasz pobyt. Z rosnącym przerażeniem oglądałam relacje na Instagramie od osób, które odwiedziły wyspę w lipcu i publikowały zdjęcia mgły tak gęstej, że uniemożliwiała ona zupełnie jazdę samochodem. W takich warunkach o jakimkolwiek podziwianiu widoków nie może być mowy. A musicie wiedzieć, że lipiec i sierpień są, pod względem pogody, najbardziej rekomendowanymi miesiącami do odwiedzenia Islandii.

Szczęśliwie, my przez całe 7 dni mieliśmy bardzo udaną pogodę, nawet jak na wrzesień i islandzkie warunki. Temperatura oscylowała w okolicach 10-17 stopni w dzień i od 0 do 5 w nocy. Zazwyczaj padało wtedy, kiedy i tak byliśmy w samochodzie (czyli w nocy lub w czasie jazdy). Tylko przez jeden dzień Islandia pokazała nam swoje deszczowo-wietrzne oblicze. Było to w dniu, kiedy mieliśmy zaplanowaną wizytę na czarnej plaży w Viku.

Zanim przejdziemy do zdjęć, których przywiozłam masę, spróbuję jeszcze krótko podsumować nasz wyjazd. Islandia to wspaniały, zadziwiający kraj. Ucieszyła mnie niesamowita czystość panująca na wyspie i dbanie o środowisko przez mieszkańców i turystów nawet na najbardziej odludnych terenach. Znalazłam tam spokój, ciszę i wydawałoby się bezkresne, zapierające dech w piersiach krajobrazy, na widok których uroniłam niejedną łzę. Były też konie, foki, delfiny, wieloryby i całe mnóstwo ptaków.

PS 1 Jeśli chcesz zobaczyć wybrane zdjęcie w powiększeniu, wystarczy na nie kliknąć 😉

PS 2 Zdjęcia na których jestem są oczywiście autorstwa Męża, który kazał mi Was o tym poinformować, na wypadek gdyby ktoś chciał zatrudnić go jako fotografa National Geographic. 😅

Dzień 1: Półwysep Snaefellsnes

Nazywany jest Islandią w pigułce, ponieważ zobaczyć tam można i wulkan, i góry, i pustkowia, i lodowiec, i klify, i czarne plaże. Idealny na jednodniową wycieczkę z Reykjaviku, u nas był pierwszym etapem podróży. Jechaliśmy, a ja rozglądałam się dookoła z szeroko otwartymi oczami, chłonąc widoki. Nie wiedziałam wtedy, że to zaledwie przedsmak tego, co tak naprawdę pokaże nam tam wyspa.

Dzień 2: Jezioro Myvatn i okolice

Dalej pojechaliśmy w okolice jeziora Myvatn, zobaczyć słynny, księżycowy krajobraz nie z tego świata. Zastaliśmy tam gorące źródła o zapachu siarki, dymiące groty i tęczowe, kolorowe góry. Ziemia, po której chodziliśmy, była ciepła, pomimo północnego chłodu w powietrzu. Niezapomniane wrażenie zrobiły na mnie pola lawy Leihrnjúkur, powstałe podczas ostatniej erupcji wulkanu Krafla, mającej miejsce w 1984 roku. Tam lawa nadal paruje!

Dzień 3: Wieloryby w Husaviku, Kanion Asbrygi i potężny wodospad Dettifoss

3 dzień naszej podróży zaczęliśmy od wizyty w Husaviku, gdzie wybraliśmy się na wodne safari. Przy okazji, podczas 3 godzinnej wycieczki łodzią zaliczyliśmy małe załamanie pogody. Zacinający deszcz, porywisty wiatr i kurczowe trzymanie się burty żeby nie wpaść prosto do Morza Grenlandzkiego było ciekawym urozmaiceniem naszego wyjazdu 😄

Po przygodach w Husaviku pojechaliśmy do Kanionu Asbrygi, który, jak głosi legenda, powstał w miejscu, w którym galopujący koń Odyna odcisnął swoje kopyto. Kanion widziany z lotu ptaka rzeczywiście ma kształt podkowy i sam w sobie jest bardzo urokliwym miejscem.

Następnie udaliśmy się do Dettifossa, czyli jednego z najpotężniejszych wodospadów Europy. Zetknięcie z nim jest niezapomnianym doświadczeniem. Pomimo, że według mnie na Islandii są ładniejsze wodospady, to Dettifoss przez swoją potęgę, rozmiary i huk, który powoduje, ma w sobie coś niezwykle przyciągającego.

Prosto od Dettifossa, jadąc przez „księżycowe” pustkowia skierowaliśmy się do Egilsstaðir, miasta położonego na Fiordach Wschodnich, miejsca naszego kolejnego noclegu.

Dzień 4: Miasteczko artystów Seyðisfjörður i pierwsze spotkanie z lodowcem

Kolejny dzień zaczęliśmy od wizyty w kolorowym miasteczku Seyðisfjörður, które jest oddalone od Egilsstaðir o 30 min jazdy jedną z najbardziej widokowych dróg na Islandii. Małe, ciche Seyðisfjörður nazywane jest miastem artystów, co może tłumaczyć jego uroczą architekturę.

Dalej pojechaliśmy przez przełęcz Oxi w stronę południowej części wyspy. Droga przez przełęcz Oxi była opisywana jako bardzo malownicza (i jak się w praktyce okazało dość stroma), dlatego pokładałam w niej spore nadzieje na fantastyczne widoki. Niestety, kiedy tylko wyruszyliśmy z Egilsstaðir wjechaliśmy w gęstą mgłę. Do tego lekki deszcz powodował, że musieliśmy zapomnieć o widokach, a skupić się na bezpiecznym pokonaniu tego odcinka trasy. Jechaliśmy szutrową, błotnistą drogą, która momentami naprawdę ostro kierowała się w dół. Po drodze minęliśmy kilka samochodów jadących w przeciwnym kierunku i w tych chwilach cieszyłam się, że nie musimy pokonywać tej trasy stromymi zboczami pod górę.

Kiedy pokonaliśmy większą część stromych odcinków, a ja straciłam już kompletnie nadzieję na jakiekolwiek widoki, mgła zaczęła się podnosić, a my akurat mieliśmy możliwość zatrzymania się na parkingu, który był jednocześnie punktem widokowym. Oto, co zobaczyliśmy (dla mnie był to jeden z najpiękniejszych widoków na wyspie):

Tego dnia jechaliśmy bardzo długo. Jednak na Islandii jazda się nie dłuży, zza każdego zakrętu wyłaniają się kolejne pięknie widoki. Aż chce się jechać, aby widzieć ich więcej i więcej.

Po drodze spotkaliśmy zupełnie oswojone stado koni, które chętnie pozowały do zdjęć 🙂

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Jökulsárlón. Tam, przy zatoce lodowcowej, stojąc już w tłumie turystów, wpatrywaliśmy się oniemieli w piękno kier lodowych. W ich niesamowity, wręcz magiczny błękit. Wypatrzyliśmy nawet dwie foki, wesoło bawiące się wśród lodowych gór.

Dalej przeszliśmy do niezwykłej, diamentowej plaży. Swój przydomek zyskała dzięki mniejszym kawałkom lodu, porozrzucanym to tu, to tam.

Około 10 minut jazdy od czarnej plaży znajduje się Fjallsárlón, kolejna zatoka lodowcowa. Odrobinę mniej znana niż Jökulsárlón, przywitała nas ciszą i spokojem. Akurat zachodziło słońce, wkoło bardzo wielu fotografów ze statywami szykowało się do wykonania zdjęć. My jednak po prostu staliśmy i chłonęliśmy tak niecodzienny dla nas widok lodowca, starając się usłyszeć jego pomruk.

Na nocleg wybraliśmy kemping w pobliżu Parku Narodowego Skaftafell. To właśnie tam nocowaliśmy nieopodal wodospadu, a nad głowami mieliśmy poszarpane i piękne szczyty gór. Rano przywitało nas beczenie owiec, pasących się kilka metrów od naszego samochodu.

Dzień 5: Trekking w Parku Narodowym Skaftafell i rozwikłanie zagadki owiec

Dzień 5 naszej podróży upłynął pod znakiem lodowców i wjechania w interior. Zaczęliśmy od godzinnego trekkingu w PN Skaftafell.

Ponieważ w naszym planie pojawiło się nadprogramowe kilka godzin, postanowiliśmy wykorzystać je na odwiedzenie tęczowych gór Landmannalaugar. Wiązało się to z wjazdem w tzw. interior, czyli zjazdem z krajowej jedynki w głąb wyspy. O kiepskiej kondycji dróg w interiorze krążą legendy. O ile jadąc przez całą Islandię myśleliśmy, że mamy do czynienia z prawdziwymi pustkowiami, o tyle interior to dzika natura do kwadratu. Słyszeliśmy co prawda o rzekach, które bez ostrzeżenia (w postaci znaku) przecinają drogi w interiorze, ale do tej pory nasza podróż była tak udana, że z optymizmem zapuszczaliśmy się coraz bardziej w głąb wyspy. I dokładnie tak jak mogliśmy się tego spodziewać, w pewnym momencie na naszej drodze pojawiła się rzeka. Po szybkiej analizie zysków (zobaczenie słynnego Landmannalaugar!) i strat (prawdopodobieństwo zalania samochodu lub utknięcie w rzece i wszystkie negatywne konsekwencje tych dwóch opcji na sam koniec wyjazdu), postanowiliśmy zawrócić. Bez większego żalu, ponieważ już sam wjazd w interior był nieplanowaną, świetną przygodą. I tak było już coraz później, a przed sobą mieliśmy jeszcze około dwugodzinną drogę do kolejnego kempingu.

Właśnie wtedy, zawróceni przez rzekę, mieliśmy okazję zobaczyć, jak wygląda sprowadzanie owiec z pastwisk. Musicie wiedzieć, że owiec na Islandii jest kilkakrotnie więcej niż rdzennych islandczyków. Są przez wyspiarzy hodowane dla pozyskania cennej wełny. Odzież z wełny owcy islandzkiej (tak, to specjalny gatunek), ma unikalne właściwości: jest wodoodporna i wspaniale izoluje ciało od lodowatego powietrza, jednocześnie zapobiegając przegrzaniu. Owce pasą się w niekontrolowany i swobodny sposób na całej wyspie, spotykaliśmy je dosłownie wszędzie, w wysokich górach i na skałach. Przede wszystkim tam, gdzie nie było ludzi. Jak udało mi się dowiedzieć od jednego islandczyka, część owiec odłącza się od stada i dziczeje. Przez cały wyjazd zastanawialiśmy się jak w takim razie ludzie sprowadzają owce na zimę, jak kontrolują stada, skoro są one tak ogromne. Była to dla nas zagadka którą dzięki tej, z pozoru nieudanej wyprawie w interior, mogliśmy rozwikłać.

Tamtego dnia myśleliśmy, że Islandia nie może nas już zaskoczyć. Przejechaliśmy już większą część trasy, widzieliśmy już tak wiele piękna i niesamowitości, że przecież nie może być już ich więcej. Decydując się na nocleg na kempingu w kanionie Þakgil wiedziałam, że uchodzi on za najbardziej malowniczo położony obiekt noclegowy na wyspie. Jednak posty na blogach w Inernecie to jedno, a rzeczywistość to co innego.

Kiedy wjeżdżaliśmy w góry, słońce było już bardzo nisko. Ciepłe światło zalało przestrzeń wokół nas. Góry były zupełnie inne niż te, które możemy zobaczyć w Polsce – poszarpane, skaliste, czarne, przetykane połaciami zielonożółtej trawy. Droga była stroma, niebezpieczna, momentami popękana tak, że gdyby nie ostrzegawcze pachołki, można było spaść w przepaść. Po przejechaniu niezbyt długiego odcinka, znaleźliśmy się w kanionie. Góry otoczyły nas z każdej strony, słońce już tam nie docierało, a przez bliskość lodowca który znajdował się gdzieś wysoko nad naszymi głowami, panował tam przenikliwy chłód. Kemping to kilka maleńkich drewnianych domków, jeden budynek gospodarczy i… kuchnia w jaskini ogrzewanej przez piec i oświetlonej małymi świeczkami. Kolacja nie była wystawna, ale okoliczności w których ją jedliśmy sprawiły, że zapamiętamy ją na zawsze. Jeśli będziecie mieli możliwość nocować na kempingu w Þakgil, koniecznie się na to zdecydujcie.

Dzień 6: Turystyczne atrakcje Złotego Kręgu i gorąca kąpiel w górach

W przedostatnim dniu naszej podróży Islandia pokazała nam swoje słynne, wietrzno-deszczowe oblicze. Kiedy dojechaliśmy do czarnej plaży w Viku, gdzie chcieliśmy zobaczyć bazaltowe kolumny, wiatr wiał tak mocno, że bałam się sama otworzyć drzwi od samochodu, bo istniało realne ryzyko, że zostaną one wyrwane. Na plaży zmokliśmy zupełnie, a moje przeciwdeszczowe ponczo potargało się jak papier pod wpływem wiatru. Do końca wyjazdu służyło mi już tylko jako osłona od deszczu na aparat.

Dalej wybraliśmy się zobaczyć chyba najbardziej znany wodopad na Islandii, przepiękny Skógafoss. Pamiętacie, jak mówiłam, że Dettifoss wcale nie jest najpiękniejszy? Moimi faworytami są Selfoss i właśnie Skógafoss. Niestety, na miejscu były absolutne tłumy turystów przywiezionych autobusami z Rekjaviku, więc o dobre zdjęcie było bardzo ciężko. Żeby zrobić zdjęcie bez ludzi, trzeba było (ponownie) zmoknąć i podejść pod sam wodospad.

Blisko Skogafoss znajduje się najstarszy basen na Islandii, Seljavallalaug. Jedną ze ścian basenu stanowi zbocze góry, a ciepła woda pochodzi oczywiście z gorących źródeł. Dziś basen jest opuszczony i można z niego korzystać. I my skusiliśmy się na kąpiel, a jakże. Woda była ciepła, jednak przez porastające dno basenu glony, nie należała ona do najprzyjemniejszych 😉

Kolejnymi przystankami w planie wycieczki były znane turystyczne miejsca. Zobaczyliśmy pole gejzerów (m.in. słynny Geysir) oraz popularny i bardzo piękny wodospad Gullfoss.

Nocleg mieliśmy zaplanowany na tym samym kempingu pod Reykjavikiem, na którym spędziliśmy pierwszą noc na Islandii. Znaliśmy to miejsce, droga do niego też była prosta, więc pomimo później pory udaliśmy się do Hveragerði, gdzie w górach znajduje się gorąca rzeka, w której kąpią się i turyści i Islandczycy. Padał deszcz, a trekking trwał około 45 minut. Byliśmy przemoknięci i zmęczeni intensywnym dniem. W górach nie było zbyt wielu ludzi, a ze względu na porę sporo osób schodziło już do miasta. Na miejscu dotarliśmy do rzeczki, której woda miała około 40 stopni. Mimo 8 stopni w powietrzu, szybko przebraliśmy się w stroje kąpielowe i wskoczyliśmy do wody. Na kąpiel planowaliśmy góra godzinę, jednak ciepła woda była tak błoga, a okoliczności tak niezwykłe (dookoła góry i pasące się owce, nad nami niebo), że kiedy wracaliśmy było już zupełnie ciemno.

Dzień 7: Reykjavik, czyli najspokojniejsza stolica świata

Ostatnim punktem wycieczki był oczywiście Reykjavik, w którym spędziliśmy kilka godzin przed wylotem. Poruszaliśmy się po ścisłym centrum, w okolicach Ratusza i Hallgrímskirkja. Spacerowaliśmy, kupowaliśmy pamiątki i dziwiliśmy się jak stolica kraju, w tzw. godzinach szczytu, może być tak spokojna. Owszem, było dużo ludzi, byli turyści, ale w tym wszystkim był jakiś taki spokój i poukładanie. Taka właśnie jest Islandia, tak jakby ten spokój panujący na wyspie przeniknął też do miasta.

Podsumowując, Islandia przez swój charakter nie jest kierunkiem, który mogłabym polecić komuś chcącemu spędzić leniwe wakacje typu all inclusive. Leżeć i nic nie robić na Islandii jest wręcz grzechem 😉 Za to z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że jest to doskonały kierunek dla tych osób, które nie potrafią usiedzieć na miejscu. Ktoś kto kocha ciszę, dziką naturę i nie boi się czasem polegać samemu na sobie, odnajdzie się na Islandii idealnie. Dla mnie to odcięcie od świata, wielkie piękno i nade wszystko spokój, jakiego nie doświadczyłam nigdzie indziej sprawiły, że odpoczęłam na Islandii bardziej, niż na którychkolwiek wakacjach w „ciepłych krajach”. I wiem, że na tym jednym wyjeździe tam się nie skończy. Jeśli wybieracie się na Islandię, uważajcie. Uzależnia 🙂

Islandia to moje miejsce na ziemi. Odkąd wróciliśmy, po cichu marzę, aby tam wrócić zimą, zobaczyć zorzę. I wracać tam znów i znów, zawsze wtedy, kiedy polska rzeczywistość zacznie być zbyt przytłaczająca.

PS To jak? Ktoś chciałby sesję na Islandii? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *